Słyszycie to? To dźwięk pękających serc milionów fanów (i kilku kontraktów reklamowych).
Wszyscy znamy Kirę C. Twarz nowej linii kosmetyków „Bio-Glow Arasaki”, gwiazda najnowszego braindance’u „Syntetyczna Miłość”, chodząca definicja stylu. Prezentuje się jako uosobienie naturalnego piękna w erze chromu. „Tylko minimalne, niezbędne modyfikacje, kochani!” – powtarza w każdym wywiadzie, uśmiechając się tym swoim opatentowanym, porcelanowym uśmiechem.
Unieśliśmy rąbek Zasłony i zajrzeliśmy tam, gdzie aparaty reporterów nie mają wstępu – do jej prywatnego apartamentu w Charter Hill. I co znaleźliśmy? Cóż, powiedzmy, że jej „naturalność” ma bardzo wysoką cenę w eurodolarach i wymaga regularnych wizyt u ripperdoca, który nie zadaje pytań.
Udało nam się dotrzeć do logów serwisowych jej… cóż, nieautoryzowanych wszczepów. Okazuje się, że Kira C jest bardziej maszyną niż człowiekiem. Pełna wymiana skóry na syntetyczną klasę, bioniczne płuca, by głos zawsze brzmiał idealnie, i procesor kognitywny, który podpowiada jej, co ma mówić na bankietach. Ta jej słynna „talia osy”? To wynik usunięcia kilku żeber i instalacji wewnętrznego gorsetu z włókna węglowego.
Dziewczyny z Watson zazdrościły jej nieskazitelnej cery, a Solo zazdrościli jej refleksu, który rzekomo zawdzięczała jodze. A teraz? Teraz możecie zazdrościć jej tylko jednego: budżetu na konserwację tego całego chromu.
Kira C to tylko kolejna lśniąca maska nałożona na pustkę, a „naturalne piękno” to produkt korporacyjny, tak samo sztuczny jak ramen z automatu na rogu.
-NV
Dodaj komentarz